Przeskocz nawigację

Jedna z głośniejszych niemieckich, a nawet i europejskich produkcji ostatnich lat, nominowany do Oscara Upadek przedstwia ostatnie trzy dni życia niemieckiego bunkru pod Berlinem, w którym do ostatnich dni przebywał nie kto inny jak Adolf Hitler. Film jest zrealizowany bardzo dobrze, zarówno pod względem technicznym jak i aktorsko. Klimat stworzony przez wnętrze bunkru aż epatuje nadchodzącym końcem, przypomina mi nawet grób. Doskonale jest także aktorsko. Zdecydowanie rola życia Bruno Ganza, a i drugi plan trzyma się bardzo dobrze. Jedyne, co w tym filmie mnie niepokoi to kompletne odcięcie się od faktów poprzedzających oblężenie Berlina. Nie ma ani słowa o ataku Niemieckim 1 września, ani słowa o obozach koncentracyjnych rozlokowanych na terenie Polski, a żółnierze wermachtu czy SS to w głownej mierze fanatycy Hitlera, zapatrzeni w niego jak w obrazek, bądź obróncy praw cywilów. Tło historyczne jest zupełnie nieokreślone. Osoby o marnej wiedzy o Drugiej Wojnie Światowej mogą nawet wywnioskować, że Berlin, oblegany przez wstrętnych Sowietów, jest ostatnią twierdzą zachodniej cywilizacji. Każdy scenariusz w tle mógłby się sprawdzić. W naszym kraju to nie jest problem – każdy jest mniej więcej zaznajomiony z tym, co działo się ponad 60 lat temu, kim był Hitler i za co odpowiedzialna jest Rzesza. Jestem jednak świadom, że nie na całym świecie jest to wiadome.

Określenie parodia nabrało ostatnimi czasy w biznesie filmowym iście parszywego znaczenia, głownie dzięki Aaronowi Seltzerowi i jego pseudo-filmom takim jak Date movie, Meet The Spartans czy Disaster Movie. Tym razem, na szczęście, jest zupełnie inaczej. Get Smart był jednym z lepiej przyjętych, zarówno przez krytyków, jak i widzów (ponad 120$ w USA) filmie. I nie ma się czemu dziwić. Steve Carrell nadal w formie, ładnie wspiera go Anne Heathaway i Alan Arkin. Wszystko jest śmieszne, lekkie, stylizowane na lekko podrzędną komedyjkę klasy B (co tym bardziej działa na jej plus). Film ma jedno, jedyne zadanie – rozśmieszyć nas. I jak dla mnie, znakomicie się to mu udaje. Czuć w tym rękę Mela Brooksa („Faceci w rajtuzach”) i Petera Segala („50 Pierwszych Randek”, „Naga Broń 33 i 1/3″). Jeśli mamy ochotę się pośmiać, polecam, prawie dwie godziny mija bardzo szybko.

Hulk zdecydowanie był tą postacią z komiksów, która lubiłem najmniej, ale dzięki temu filmowi, a właściwie to dzięki Edwardowi Nortonowi, to się zmieniło. Zazwyczaj nie spodziewam się wiele po ekranizacjach komiksów, ale ta jest naprawdę dobra. Załadowana efektami specjalnymi i ciekawymi sekwencjami walk punktuje jako letni hit, a z drugiej strony, interesująca, przekonująca i wewnętrznie rozdarta postać Bruce’a Bannera, który w przekonujący, jak żaden inny superbohater, sposób, walczy ze swoim alter-ego. Może nie jest to najgłębszy i najbardziej wciągający film świata, ale z pewnością doskonale punktuje jako letni blockbuster. Kto polubił Hulka od Anga Lee, w tym powinien się zakochać. Dostałem dokładnie to, czego od tego filmu się spodziewałem. Szkoda jedynie, że poza Edwardem Nortonem, film aktorsko nie istnieje.

Komedia romantyczna, która nie jest ani śmieszna, ani romantyczna. I przez ani romantyczna – rozumiem zupełny brak romantyzmu. Nie ma chyba ani jednej chwili w której Aniston i Vaughn przekonaliby mnie, że cokolwiek, kiedykolwiek mogło ich łączyć. Zamiast „klasycznej” komedii otrzymujemy film o kłotniach dwójki ludzi, z którymi nie mamy szansy poczuć się w żaden sposób związani – ten brak związku jest moim zdaniem chyba największym minusem filmu. Trudna jest sztuka zrywania, ale jeszcze trudniej wytrzymać do końca tego słabego, bardzo słabego filmu.

Pomimo słabych recenzji i niskiej noty na imdb, postanowiłem obejrzeć ze względu na mocną obsadę meskiej części. Zarówno Hugh Jackman jak i Ewan McGregor to aktorzy których po prostu lubię. Film jest dziwny, miejscami powoduje, że patrzysz w ekran jak w transie, innym znów razem, marzysz o końcu. Jeśli nie oczekujesz za wiele, ten film się sprawdza, nie spowoduje dreszczy, ale moim zdaniem można obejrzeć. Mi się podobał.

Nie jestem fanem Sci-Fi, ale ten film mnie urzekł. Pewnie dlatego, że to takie trochę inne Sci-Fi. Świetny film, z lekko Orwelowskim klimatem i przesłaniem. Zazwyczaj w filmach Sci-Fi denerwuje mnie ta sterylność otoczenia, czystość i sztuczność. W Gattace też to jest, ale oprócz tego bardzo ciekawa stylizacja na lata 50-60, która temu filmowi dodaje wiele uroku. Genialne kreacje aktorskie, tutaj niezmiernie potrzebne, najlepszy film Ethana Hawke’a, jeden z lepszych Umy Thurman (po Pulp Fiction, oczywiście), drugi plan też bardzo mocno, dobra kreacja Jude Lawa. Bardzo polecam, nawet tym, którzy nie lubią SciFi, tak jak ja.

Po naprawdę ciekawych zwiastunach miałem nadzieję na fajną komedie. A tu pół komedia, pół dramat, sam nie wiem co za bardzo o tym myśleć. Scenariusz – słaby jak przemówienie Gosiewskiego, mały plus jedynie ze względu na elementy komediowe. O końcówce Hancocka szkoda gadać. Wszystkie te bzdury, których nie będę nawet przytaczał pogrążyły film do końca. Szkoda jedynie, że tak świetna aktorka jak Charlize Theron się w tym wszystkim znalazła. Jako komedia spisuje się nawet przeciętnie, jako dramat, fatalnie. Razem otrzymujemy papkę, nie wartą niczyjej uwagi, choć domyślam się że „z ciekawości” wielu z nas i tak obejrzy mimo tych negatywnych recenzji. Dobrze, że film trwa tylko 80 minut, przynajmniej da się cały obejrzeć. Najgorszy, obok Wild Wild West, film Willa Smitha.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.